Kolumbia

Amazonia – czyli wyprawa w największą dżunglę świata

Agata
napisany przez Agata

 

Amazonia

(Etap 7)(sierpień 2017)

Amazonia – zielone płuca świata, to największy i najbogatszy gatunkowo obszar lasów tropikalnych na świecie. Żyją tu niezliczone gatunki roślin oraz zwierząt, których niezaprzeczalnym królem jest jaguar. Rzeki pełne są egzotycznych ryb, między innymi żarłocznych piranii i olbrzymich węży – anakond. Puszcza zajmuje ponad 40% powierzchni Kolumbii i leży, w całości bądź w części, na terytorium aż 9 departamentów: Meta, Vichada, Guainía, Guaviare, Caquetá, Cauca, Putumayo, Vaupés i Amazonas. Bezpośredni dostęp do największej rzeki świata – Amazonki, ma jednak tylko departament Amazonas, który jest najbardziej wysuniętym na południe obszarem kraju. Stolicą departamentu Amazonas jest Leticia. Plemiona indiańskie żyją tu  zgodnie z rytmem  wyznaczanym przez dżunglę. Mimo, iż w większym bądź mniejszym stopniu mają one kontakt z tzw. cywilizacją, wciąż pielęgnują swoje zwyczaje i tradycje.

 

Amazonia noclegi

Hotel Pachamama, Leticia, Amazonia (rezerwacja telefoniczna)

Jest to bardzo przyjemny hotelik. Czysto, schludnie. W pokoju znajduje się łazienka z bieżącą wodą, klimatyzacja. Brak okna, ale to tak naprawdę wcale nie przeszkadza. Jest malutki basenik. Rano na śniadanie gospodarz serwuje jajecznicę, kawę i sok z mango. Tutaj też zostawiamy bagaż główny udając się na trzydniową wyprawę do dżungli. (110 000 COP = ok. 134 zł /pokój trzyosobowy)

 

Letycja

Letycja (Leticia) to 30-tysięczne miasteczko, do którego dotrzeć można tylko drogą lotniczą lub rzeczną. Za wjazd na teren Letycji należy uiścić opłatę w wysokości 30 000 COP/os. (ok. 35 zł). Opłata pobierana jest na lotnisku. Już sam lot z Bogoty jest nie lada atrakcją – najpierw wysokie Andy przechodzące w sawannę, a następnie puszczę, która z lotu ptaka przypomina wielką plantację brokułów.

Zaopatrzyć się tu można w kosmetyki, lekarstwa, repelenty, baterie, kalosze itd. Znajdują się tu sklepy, apteki, bankomaty, szpital. Przed wyjściem w dżunglę warto jest zakupić tutejsze specyfiki przeciw moskitom. Te przywiezione z Europy, nawet najlepsze,  najpewniej i tak okażą się za słabe. Zdecydowanie polecam jakiś miejscowy repelent z DEET – niezdrowy, ale bezsprzecznie konieczny, oraz specjalne mydełko. Wciera się je po kąpieli na mokrą skórę i pozostawia do wyschnięcia. Ciało pokrywa się czymś w rodzaju kleju, skorupki… ciężko nawet nazwać to uczucie. Może komfort nie jest idealny, ale ważne że działa! (choć trochę 😉).

 

Letycja sama w sobie jest hałaśliwa, zasmrodzona skuterami i motorikszami. Generalnie kompletnie nieciekawa, wręcz brzydka. Należy ją traktować li tylko jako bazę wypadową do puszczy amazońskiej – przylecieć, zrobić zaopatrzenie, ewentualnie przespać się jedną noc i przedostać dalej.

Zarówno przez Internet jak i w samej Letycji można zakontraktować liczne wycieczki – 2,3,4 dniowe – dowolnie. Są to nawet całkiem ciekawe programy, którymi szczerze się interesowaliśmy. Są one jednak bardzo turystyczne i piekielnie drogie. Jesteśmy więc wierni swoim pierwotnym postanowieniom i decyzjom podjętym na podstawie wiedzy z internetowych blogów (😉) – płyniemy do Alto del Aguila, gdzie będziemy pytać o Feliksa. Okazuje się, że Amazonia nie taka straszna i droga jak ją malują. Można spędzić tu 3 fantastyczne dni za naprawdę rozsądne pieniądze, jakieś 4, a może i 5 razy taniej niż wykupując analogiczny tour w którejś z agencji 😊.

 

KOSZTY (3 osoby, sierpień 2017)

  • Opłata za wjazd do Letycji: 30 000 COP/osoba = ok. 35 zł /osoba
  • Nocleg Pacha Mama: 110 000 COP = ok. 134 zł 

Z Letycji do Puerto Nariño

Z samego rana, pierwszą łódką płyniemy do oddalonego o 2h w górę Amazonki Puerto Nariño (30 000 COP = ok. 36 zł). Telefonicznie dogadujemy się z Pacho – kierownikiem całego ośrodka Alto del Aguila (kontakt z booking.com) i o 10:00 w porcie w Puerto Nariño czeka już na nas Feliks. Jest to pół Indianin Ticuna, pół metys, który zabiera nas swoją dłubanką z pyrkoczącym silniczkiem kawałek dalej w dół odnogi Amazonki (10 minut łódką, 30 minut lądem).

Spędzamy z nim trzy fantastyczne dni. Dwie noce nocujemy w Alto del Aguila – Cabañas del Friar, jedną w hamakach w dżungli. Feliks, mimo iż nosi zegarek i komórkę, jest osobą dla której czas płynie inaczej, a pojęcie pośpiechu i spinki nie istnieje. Udaje nam się złapać ten rytm i to jest bezcenne. Mimo, że ustalone gdzieś wcześniej godziny nie do końca pokrywają się z rzeczywistością to i tak udaje się nam w całości zrealizować plan i to z nawiązką. Feliks to osoba w 100% godna polecenia. Może zapomina bananów na wyprawę, może nie bierze dostatecznej ilości liny do wiązania hamaków, zabiera zbyt mało plandeki na wypadek deszczu, czy wypływa o godzinę za późno aby zdążyć z połowem przed zmrokiem – ale i tak Feliks jako przewodnik w amazońskiej dżungli to skarb. Na wszystko bowiem znajdzie się rada, wszystko się ogarnie – byle spokojnie i bez niepotrzebnej spinki 😉.

 

KOSZTY (3 osoby, sierpień 2017)

  • Opłata za wjazd do Puerto Nariño: 15 000 COP/osoba = ok. 18 zł/osoba
  • Rejs z Letycji do Puerto Nariño: 2 x 30 000 COP = ok. 2 x 35 zł/osoba
  • Noclegi w Alto del Aguila: 2 x 75 000 COP = ok. 2 x 92 zł
  • U Łysego: 2x śniadanie + 2x obiad: 180 000 COP = ok. 220 zł
  • Wyprawa z Feliksem za całą naszą trójkę: 565000 COP = ok. 680 zł + napiwek (50000 COP = ok. 60 zł)
– delfiny na Amazonce + rejs nad jezioro Tarapoto (piranie i drzewa w dżungli): 80 000 COP
– kajmany nocą: 100 000 COP
– spacer po dżungli + Victoria Regn, piraruku, itp.: 75 000 COP
– noc w dżungli: 250 000 COP
– nocny spacer po dżungli: 60 000 COP

Łącznie należy liczyć ok. 350 USD za cały pobyt w Puerto Narino

(3 osoby, sierpień 2017).

Powrót o Letycji następuje czwartego dnia z samego rana. Bilety najlepiej kupić już dnia poprzedniego. Łódź przypływa punktualnie i na tyle wcześnie, aby zdążyć zjeść jeszcze obiad zanim pojedzie się na malutkie, duszne lotnisko.

Alto del Aguila – Cabañas del FriarPuerto Nariño, Amazonia

(rezerwacja telefoniczna: 311 502 85 92, 313 239 79 44 Fray Héctor,https://altodelaguila.wordpress.com/)

 

Są to położone na wzgórzu z widokiem na dopływ Amazonki kolorowe domki na palach. W każdym łóżka z moskitierami, a w naszym nawet prowizoryczna łazienka. Nie ma tu oczywiście kanalizacji, ani bieżącej wody, ale bez przesady – wszystko co trzeba da się wygodnie załatwić, a i prysznic w wodzie pompowanej z beczki się weźmie.

Mieszkają z nami 3 psy, 2 koty, indyczka, puszący się indyk, 5 papug guacamaya i małe małpki. Cale to towarzystwo łazi wolno i zachowuje się jak zwierzątka domowe. Papugi jedzą z ręki chleb i kręcą się po terenie cały czas. Małpki przychodzą z rana i z wieczora – też na wyżerkę. Małpa z rana jak skoczyła nam na dach (z blachy falistej) to aż podskoczyliśmy na materacach. Co jakiś czas nad naszymi głowami przelatują całkiem dzikie papugi i inne ptaki. I mamy przepiękny widok na selwę z góry! Tylko tukany są młode i malutkie, przylatują rzadko i siedzą bardzo wysoko w koronach drzew. Syn jest zachwycony! 😊 Jak tylko jesteśmy na terenie bawi się z całym towarzystwem.

Alto del Aguila założył 20 lat temu pewien Franciszkanin. Postawił on w tym miejscu pierwsze cabañas, w których mieszkali księża prowadzący korepetycje dla dzieci indiańskich z okolicznych osad uczących się w szkole z internatem w Puerto Nariño. Po pewnym czasie skończyły im się pieniądze i postanowili zacząć wynajmować tutaj noclegi turystom. Turystów jest niewiele (pierwszej nocy jesteśmy my i Austriaczki, trzeciej tylko my), a szkoła jest nadal na tyle posesji. Całości dziś dogląda jego siostra – energiczna Doña Elena, a kwestiami finansowymi zajmuje się bratanek Pacho.

 

Amazonia atrakcje

– delfiny z Amazonki

Przy Puerto Nariño jest miejsce gdzie można zobaczyć delfiny na Amazonce. Przy wpływaniu na tę największą rzekę świata Feliks prosi o nałożenie kapoków, on także zakłada. Jest to obowiązek. Prawo jest prawo i nawet Indianin musi się mu podporządkować jeśli nie chce stracić licencji przewodnika. Delfinów jest całkiem sporo. Skaczą parami albo samotnie. Są głównie szare, ale trafiają się też i różowe. Feliks cierpliwie czeka na te zwierzęta. Nie spieszy się, nie popędza.

– rejs nad Jezioro Tarapoto

 

Płyniemy w dół dopływu Amazonki nad Jezioro Tarapoto, gdzie Feliks prowadzi nas do miejsca w którym rosną ceiby. Inne miejsce to oplecione lianami olbrzymie drzewo renaco. Na koniec łowimy piranie. Jesteśmy na terenie lokalnej społeczności indiańskiej. Mamy tu prawo przebywać tylko z naszym przewodnikiem Feliksem. Każde wpłynięcie na jezioro jest „rejestrowane”, czyli należy się zameldować u Indianina stacjonującego w barce.

– piranie i nie tylko

 

Połów piranii to zawsze atrakcja, a zwłaszcza dla dziewięcioletniego chłopca. Łowimy je za pomocą kawałka kija z przyczepioną doń żyłką zakończoną potężnym hakiem. Z początku nam nie idzie. Te żarłoczne stworzenia tylko pożerają przynętę i urywają się z haczyka. Tu trzeba zdecydowanych ruchów. Nie ma czasu na podcinkę i delikatne wyjmowanie ryby z wody tak jak przy okoniach czy płotkach na Mazurach. Tu jest walka i trzeba się spieszyć. Ostro poderwać i do łódki. Przy okazji łapiemy też kilka innych gatunków ryb, w tym okropne picalón  – wąsate stwory posiadające kolce na płetwach bocznych, brzusznych i ogonie. Ukucie co prawda nie jest niebezpieczne, ale potwornie bolesne. Nawet Feliks zdejmuje ten wodny chwast z haczyka z dużym respektem i ostrożnością. Mąż zdejmuje z haczyka piranie i inne ryby, ale picalón należy do Feliksa.

– nocne podglądanie kajmanów

 

W nocy płyniemy na kajmany. Podczas tej wycieczki są z nami jeszcze dwie Austriaczki i Kolumbijczyk – profesor z Bogoty, który przyjeżdża tu co roku udzielać indiańskim dzieciom chodzącym do szkoły w Puerto Nariño korepetycji. Z położonej na Jeziorze Tarapoto wioski zabieramy Juana – przyjaciela Feliksa i tropiciela kajmanów. Wypatruje on dla nas gady – czarnego i białego kajmana. Oba malutkie. Wchodzi w błoto ze szczypcami jak do grilla, tylko większymi i łapie je za gardziel. Przynosi do łódki aby każdy mógł pogłaskać. Dużych nie widzimy. Jest tak niski poziom wody, że siedzą w błocie czerpiąc przyjemność z podziemnych wytrysków zimnej wody. Woda opada praktyczne z godziny na godzinę. A każdego dnia odsłaniają się nowe połacie mułu i zatopionych drzew.

– zabawa: karmienie małp i papug

 

 

Rano małpki przybiegają gromadnie i ochoczo jedzą z ręki chleb. Skaczą przy tym rozkosznie po sznurach na bieliznę, dachach i głowach ludzi. Ich malutkie, delikatne rączki są tak słodziutkie jak łapki niemowlaczka 😊. Papugi dostojnie kroczą po trawie i dają się zaprosić  na rękę / ramię na polecenie „la pata lora”.

– posiłki w El Calvo, czyli U Łysego

 

Może dziwić fakt zaliczenia tego do atrakcji, ale właśnie tak jest. Po pierwsze – właściciel (łysy oczywiście) jest przyjacielem Feliksa. Po drugie – jedzą tu sami miejscowi i jest niesamowita atmosfera. Wreszcie po trzecie – podają tu rewelacyjne dania z dzikich amazońskich ryb (karty brak – jest co się dziś złowiło). Po czwarte jest tu nieprzyzwoicie tanio (2x śniadanie, 2x obiad dla 3 osób: 180000 COP = ok. 215 zl)

– spacer po amazońskiej dżungli

 

Po śniadaniu (obowiązkowo sopa de pescado, czyli zupa rybna podawana z plackami z platanów (wytrawne banany) i owoce w tym genialna papaya!) ruszamy na spacer po dżungli, którego celem jest indiańska osada z jeziorkiem, w którym rosną gidantyczne liście lotosu – victoria regia. Żyje w nim także największa ryba Amazonki – pirarucú (później w Leticii mamy okazję spróbować jej mięsa – jest genialne!, genialne pod każdym względem!). Są żółwie, ptactwo wodne, arahuana i inne ryby. Jest oczywiście miejscowa guacamaya i ….. wyjec. Oba te zwierzątka, choć żyją wolno i swobodnie, są bardzo kontaktowe. Towarzyszą nam przez cały czas na punkcie widokowym. Wyjec zachowuje się  jak domowy kot. Siada na kolanach, każe się głaskać.

– noc w amazońskiej dżungli

 

Wieczorem płyniemy na noc w dżungli!

Rozbijamy obóz nad jeziorem Tarapoto, zostawiając za sobą nawet ostatnią wioskę indiańską. Dobijamy do brzegu. Feliks po wstępnych oględzinach potwierdza wybór miejsca. Przynosi kilka bali po których próbujemy wyjść na ląd. Mąż, przeważony plecakiem, jednak wpada w błoto. Wychodzenie i wchodzenie nie jest łatwe ze względu na bardzo, bardzo niski poziom wody i nieprzebrane błoto między wodą a lądem. Rozwieszamy hamaki i moskitiery między drzewami. Przy tej czynności zastaje nas krótki zmierzch, a potem ciemna noc i tylko świetliki mrugają to tu,  to tam swoimi kuperkami.

Jest już ciemna noc jak płyniemy na połów ryb na kolację. Niestety – bez sukcesów. Dzielimy się więc przy ognisku 3 bułkami (czwartą ukradł nam jeszcze w Alto del Aguila pies Paco, a Feliks zapomniał bananów) i idziemy spać. Wszystko się wokoło rusza i gada. Oprócz cykad najgłośniejsze są sowy i tzw. szczury, czyli króliki z długimi ogonami. Syn, po pełnym wrażeń długim dniu, zasypia najszybciej 😊

W nocy musimy nałożyć plandekę bo zaczyna padać. Ok. 3:00 nad ranem przychodzi już konkretna burza. I jak lunęło!!! Grzmoty, choć dalekie, odbijają się po selwie potężnym echem, a ulewny deszcz wali w drzewa niczym wytrawny perkusista na koncercie hardrockowym. Plandeka się poddaje (konstrukcja stelaża zbudowanego z długich kijów nie jest szczytem osiągnieć myśli inżynieryjnej 😉). Przemakamy całkowicie, do majtek 😊. O świcie (ok. 5:00) nie daje się już spać dalej. Mokrzy wstajemy i zaczynamy składać obóz. Feliks idzie wybrać wodę z łódki, która pod naporem deszczówki zapadła się jeszcze głębiej w muł.

Przestaje padać,  więc wypływamy na połów ryb na śniadanie. Tym razem dopisuje nam szczęście i łowimy 14 piranii. Nocna ulewa była jednak tak silna, że trudno jest rozpalić ogień.

Dlatego Feliks prowadzi nas do swego przyjaciela Juana (tropiciela kajmanów)

Jego żona przyrządza nam pyszne ryby ze smażonym bananem. Do tego w tykwie podaje mąkę z juki na zagryskę. Jesteśmy zaproszeni do wioski społeczności Ticunas, normalnie niedostępnej dla turystów. Jemy wraz z Feliksem pyszne ryby siedząc na drewnianej podłodze w indiańskiej chacie na palach. Muchy gryzą niemiłosiernie, ale ryby smakują wybornie. A wyjątkowość chwili – bezcenna! 😊

 

– nocny spacer po amazońskiej dżungli

 

Jest to doskonała okazja do wytropienia pająków, węży i innych nocnych stworzeń zamieszkujących amazońską selwę. Wyprawa taka trwa zazwyczaj od godziny do dwóch, dwóch i pół, rozpoczyna się ok. 21:00. Po oddaleniu się od siedzib ludzkich przewodnik zaczyna karczować dżunglę maczętą, wyznaczona uprzednio ścieżka zarasta bowiem w niewyobrażalnie szybkim tempie. Podczas tego spaceru widzimy dwie młode tarantule, inne pająki, wielką żabę, małą ale za to bardzo jadowitą żabę oraz sowę.  Pierwsza tarantula spuszcza się synowi tuż przed nosem jak prawdziwy spiderman. Syn zachwycony, bo uwielbia pająki 😊. Ja mniej…. Doświadczamy też ugryzienia przez tzw. mrówki świeczuszki. Dlaczego świeczuszki? – a no własnie stąd, że chociaż małe ich ugryzienie boli jakby przypalał świeczką.

 

 

czytaj dalej:

Laguna Guatavita – czyli symboliczne El Dorado

 

Kolumbia – plan, informacje praktyczne

Region Kawy – czyli kraina kawą płynąca

Santa Marta i Park Tayrona – czyli dżungla, Indianie i morze

Cartagena de Indias – perła Karaibów

Isla Barú i Playa Blanca – czyli karaibski raj

Bogota – czyli stolica i największe miasto w Andach

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o