Islandia i Wyspy Owcze

Islandia

Agata
napisany przez Agata

Islandia – kraj lodu i ognia, kraj ogromnych przestrzeni dziewiczego, surowego krajobrazu. Kraj gdzie czuje się bliską obecność potężnej Matki Natury, gdzie przyroda wygrywa z człowiekiem….

 

Noclegi na Islandii

Namiot gdzie jest ciekawie i gdzie się da 😊

 

Islandia atrakcje

Seyðisfjörður

Miasteczko portowe, które przycupnęło na końcu 16-sto kilometrowego fiordu. Seyðisfjörður samo w sobie trochę nas rozczarowało. Jest znacznie brzydsze od Tornshavn i innych „owczych” miasteczek. Natomiast otoczenie…. surowe, majestatyczne, trochę groźne. Czuje się powiew północy. Na szczęście świeci słońce, jest bezchmurne niebo, za wiatrem naprawdę ciepło. Jesteśmy na islandzkiej ziemi!
Zakupy najlepiej zrobić w supermarkecie w Egilsstadir, miasteczku położonym trochę w głębi lądu, przy wjeździe na islandzką pętlę – Ring Road, czyli tzw „jedynkę” – szosę nr 1 okrążającą całą wyspę.

 

Trasa do Jökulsárlón

Trasa ta wiedzie przez iście księżycowe krajobrazy. Ocean po lewo, góry po prawo. Droga asfaltowa i szutrowa na przemian. Na skraju pasące się owce.

Miasteczka i zabudowania Islandii są zdecydowanie mniej urokliwe od tych z Wysp Owczych. Domy brzydkie, blaszane, klockowate. Owszem, gdzieniegdzie stoi jakaś fajna chałupka ale ogólne wrażenie niekorzystne. Na Wyspach Owczych nawet wioski na końcu świata są zadbane i mają dużo w sobie czaru. Tutaj miasteczko to skupisko blaszanych baraków. Samotna farma to blaszany barak, niejednokrotnie sprawiający nieodparte wrażenie zaniedbanego, wręcz porzuconego. Jedno jest jednak niesamowite. Wielkie, ogromne przestrzenie surowego krajobrazu, które powodują, że osadnictwo tutaj sprawia wrażenie pionierskiego, pierwotnego i niezwykle praktycznego. Przypomina to trochę domki na prerii z okresu kolonizacji i podboju Dzikiego Zachodu. Niesamowite wrażenie.

 

Nocleg w pobliżu lodowca Vatnajökull

Postanawiamy skręcić w drogę F985, tylko dla pojazdów 4X4. Pniemy się ku lodowcowi szutrówką, która staje się coraz bardziej kręta, coraz bardziej stroma i coraz bardziej kamienista. Wspinamy się na przełęcze, wijemy nad przepaściami. Brniemy mozolnie do przodu. Dojeżdżamy bardzo wysoko i daleko. Już z oddali widzimy potężny jęzor lodowca, teraz mamy go na wyciągnięcie ręki. Wreszcie nadszedł kres możliwości dzielnej Xary Picasso (która przecież 4×4 nie jest 😉).

Dalej idziemy pieszo. Za pierwszym zakrętem ukazuje się nam w całej swojej okazałości jeden z jęzorów (Skalafellsjökul) największego lodowca Europy – lodowca Vatnajökull. Potęga lodu! Po horyzont! Przestrzeń! Kumuluje w sobie wrażenie grozy i piękna jednocześnie. Bije od niego potężny chłód. Chłód lodu, który ma kilka tysięcy lat! Pod tą czapą lodową zaś drzemiący aktywny wulkan.

Po zachodzie słońca jest nadal jasno, ale coraz zimniej. Zjeżdżamy więc autem w niższe regiony, tam gdzie rosną mchy, w które można wbić śledzie od namiotów. Rozbijamy się w dziczy na bezkresnym pustkowiu z widokiem na największy lodowiec Europy. Jest już noc. Temperatura znacznie spada. Kolega buduje kuchnię węglową, na której gotujemuy sobie herbatę i polskie zupki chińskie (cały zapas jedzenia jedzie z Polski – na Islandii jest bardzo, ale to bardzo drogo!). Temperatura spada jeszcze bardziej. I wtedy….

 

ZORZA POLARNA !!!!

Stoimy kolejne 20 minut telepiąc się z zimna i oglądamy to niezwykłe zjawisko. Coś niesamowitego!
Zorza żyje, rusza się, tańczy. To tak jakby nagle cała droga mleczna zaczęła wić się po niebie, intensyfikować, blednąć, niknąć, to pojawiać się znowu ze zdwojoną siłą obrazu i ruchu. To tak jakby na niebie zawiesić biało – zieloną kotarę i delikatnie nią poruszać. Coś cudownego, coś czego na pewno nie da się zapomnieć. Coś co robi na nas tym większe wrażenie, że jesteśmy co najmniej kilkadziesiąt kilometrów od najbliższych siedzib ludzkich.

Magia przyrody, siła natury!

Zjawisko zorzy ma miejsce w najciemniejszych momentach nocy. Dlatego zorze częściej widziane są w zimie niż w lecie. Wtedy jednak trudno o bezchmurne, słoneczne niebo za dnia. My mamy szczęście – słońce w dzień i chwile ciemnej nocy w nocy 😊 (i to prawie co noc!).

Rano budzimy się we mgle. Ta chodzi razem ze słońcem, jakby tańczyły ze sobą. Myjemy się w lodowatym strumieniu, zwijamy obóz, zjedliśmy polowe śniadanie i jedziemy dalej do Jökulsárlón.

 

Jökulsárlón

I znowu coś niesamowitego!!! Cud natury!!! Jest to jezioro powstałe z wody topniejącego lodowca Vatnajökull.

Kiedy przyjeżdżamy jest mgła, ale i tak odłamane z lodowca bryły lodu pływające bezwładnie po lagunce, robią niesamowite wrażenie. Słońce chodzi wyzierając gdzieniegdzie zza rozstępujących się, to zasnuwających na powrót mgieł. Idziemy dalej w stronę czoła lodowca. Kry i góry lodowe lewitują majestatycznie w lodowatej wodzie. Pływa foka. Idziemy, a koniec laguny jest cały we mgle. Nie widzimy czy do celu został nam jeszcze kilometr, dwa, trzy… Wydaje się, że cel jest tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. W tym czasie mgły rozpływają się całkowicie, rozbłyska słońce.

Widzimy jak na dłoni potężne czoło lodowca i kry pływające po lagunie. Wszystko skąpane w słońcu. Dochodzimy na kolejny cypelek. Jak to z jeziorami i lagunami bywa lodowiec okazuje się być jeszcze za kolejnymi dwoma lub trzema… Napawamy się otaczającym nas widokiem siedząc na polanie z mchów. Jest naprawdę ciepło. Różnica temperatur lodowatej wody i ogrzanego powietrza wywołuje zjawisko drżenia powietrza takie jakie ma miejsce przy 30 stopni C upale.

Będąc nad Jökulsárlón można popłynąć w rejs po lagunie amfibią. Jest to jakaś opcja, ale jak dla mnie za bardzo turystyczna, wyzuta z magii. Co więcej, pływające amfibie skutecznie psują urok chwili i burzą poczucie dzikości miejsca, dlatego najlepiej przybyć tu z samego rana aby samotnie, w ciszy i spokoju kontemplować lodowy chłód.

 

Park Narodowy Skaftafell

Założony w 1967 roku, w 2008 roku został włączony w skład nowo utworzonego Parku Narodowego Vatnajökull. Wszystkie drogi na terenie Parku są dokładnie oznakowane. U strażników Parku można otrzymać dokładną mapę. Widoki są przecudne! W niecałe 30 minut od wejścia (również miejsce campingowe) mamy wodospad Svartifoss. Sam spływ wody może nie zbyt imponujący, ale za to sceneria bazaltowych kolumn tworzących coś na kształt organów – przepiękna. Wspiąwszy się na przełęcz a następnie na Sjónarsker możemy podziwiać wielkie tereny piasków polodowcowych i jęzory lodowców.

Mając już w nogach kilka kilometrów nad Jökulsárlón, wziąwszy pod uwagę psującą się pogodę, późną porę i jeszcze bardzo daleki kres wędrówki, postanawiamy zawrócić po śladach. Nie robimy całej pętli (szacowany czas 4-5h marszu). Po zejściu do kempingu korzystamy tam z natrysków i prądu aby zaparzyć wodę na herbatę i zupki chińskie, po czym ruszamy dalej szukać miejsca na nocleg.

Wersję tę praktykujemy podczas całego pobytu na Islandii. Rozbijaliśmy się na dziko, z pryszniców i prądu korzystamy na kempingach (czasami miejskich basenach).

 

Droga przez sandur

Po horyzont z jednej i z drugiej strony ciągną się pola pyłu i żwiru wulkanicznego. Sandur powstał po wielkiej powodzi lodowcowej zwanej tu jökulllhlaup, mającej miejsce w 1996 roku. Wybuchł wtedy jeden z wulkanów znajdujących się pod Vatnajökull. Roztapiający się lodowiec płynął potężną, wzburzoną rzeką niszcząc wszystko co napotkał na swej drodze i pozostawiał po sobie tylko żwir.

Jedziemy tak dobre 40 km przez tę bezkresną pustynię śmierci. Coś strasznego. W dodatku z tyłu, za naszymi plecami zostaje deszcz, z przodu, tam gdzie kończy się sandur ciągle świeci zachodzące słońce. Wrażenie niesamowite. Gdzieniegdzie ze żwiru wystają kawałki przerdzewiałej blachy, pozostałości jakichś ludzkich siedzib i fabryk, pozostawionych tu na pamiątkę kataklizmu.

Robi się już ciemno, kiedy zjeżdżamy z Ring Road w trasę nr 204. Czasem asfalt, czasem żwir, a po obu stronach bezkresne przestrzenie płaskiego krajobrazu. Raz są to łąki, na których pasą się owce, raz pustynie tufowe, raz dywany z mchu. Krajobraz zmienia się raptownie i często. Mamy plan aby znaleźć odbicie z tej trasy, dojechać do latarni morskiej i zanocować w chatce przetrwalnikowej – typowym tutejszym schronieniu przeznaczonym dla miejscowych bądź turystów, których w trasie zastanie noc lub częściej – zła pogoda. Nie znajdujemy niestety drogi. Jesteśmy zmęczeni i jest już poważna szarówka.

Należy pamiętać, że „szarówka” to nie jest bynajmniej 20:00, ani nawet 21:00, tylko dobrze po 22:00. Tutaj, na tych szerokościach geograficznych zachód słońca i zmierzch trwa kilka godzin. Błąkając się tak po szutrowych bezdrożach znajdujemy małe odbicie i zjazd z „głównej” 204. Postanawiamy zostać. Mamy plan aby rozbijać się przy świetle reflektorów, ale noc jest tak jasna, że ich nie potrzebujemy. Jest już dobrze po 23:00, a na zachodzie cały czas jaśnieje łuna. Rozbijamy się na polu tufu wulkanicznego, na jednej z niewielu kępek płaskiego i miękkiego mchu. Temperatura znowu spada.

 

Czarne plaże w Vik

Vik to miejscowość w południowej Islandii charakteryzująca się niesamowitymi czarnymi plażami a także występowaniem populacji maskonurów na pobliskich wybrzeżach. Śniadanie z widokiem na skały zanurzone w oceanie i czarne, tufowe plaże smakowało wybornie 😊. Są tu niesamowite pola lawy i magmowe ostańce zanurzone w morzu. Vik robi na nas naprawdę duże wrażenie!

 

Maskonury

Maskonury to małe ptaki z gatunku alk. Są mniej więcej wielkości kaczki z czarno-białymi skrzydełkami, pulchnymi brzuszkami i jaskrawo czerwono-pomarańczowymi dziobkami i takimi samymi łapkami z błonami pławnymi. Odżywiają się małymi rybkami, które łowią w oceanie nurkując pod fale. Zamieszkują wyspy oraz wybrzeża północnego i środkowego Atlantyku. Jedziemy więc szutrową drogą do miejsca gdzie oprócz obłędnych formacji skalnych przesiadują maskonury. Są ich całe stada! Fruwają, siadają, łowią ryby i „pozują” nam do zdjęć. Niesamowite!

 

Wodospad Skogafoss

Malowniczy, szeroki na 25 metrów a wysoki na 62 metry robi taką bryzę, że po chwili wszyscy jesteśmy mokrzy. Woda spada z wielkim hukiem a całość scenerii robi duże wrażenie.

 

Wodospad Seljalandsfoss

Tutaj największą atrakcją jest możliwość przejścia za niego od tyłu. Woda pryska ze wszystkich stron. Można też pójść na ekstremum i podejść pod boczny strumień, stanąć tuż pod prysznicem wody. Człowiek wychodzi z takiego doświadczenia przemoczony do suchej nitki, ale warto! 😊

 

Blue Lagoon

Błękitna Laguna, położona około 20 minut drogi od lotniska w Keflaviku, jest najpopularniejszym kąpieliskiem i spa na Islandii. Są to naturalne baseny położone wśród zastygłej lawy, a ich woda – dzięki minerałom zawartym w podłożu – ma właściwości regeneracyjne, nawilżające i odmładzające. Można nasmarować się mineralnym białym błotem a po odczekaniu 10 minut aż błoto zaschnie spłukać się pod wodospadem.

Kolor wody jest zazwyczaj mleczno-niebieski, ale mieni się w zależności od oświetlenia słonecznego. Kłęby pary unoszącej się bez przerwy, okolica pokryta czarną lawą i jezioro z gorącą wodą – widok tego miejsca jest naprawdę fascynujący. Wszystko oczywiście ciepłe, miejscami gorące! Na zewnątrz około 15 stopni C , w wodzie 30-40 stopni C. Blue Lagoon leży na naturalnym źródle geotermalnym tak gorącym, że aby można ją było wykorzystywać jako basen, trzeba było ingerencji człowieka. Woda ze źródła ma bowiem 220 stopni C. Miesza się ją z zimną wodą z oceanu i w ten sposób w lagunie płynie mieszanka o ciepłocie od 30 stopni C do 40 stopni C.

Laguna otwarta jest 7 dni w tygodniu, przez okrągły rok. (http://www.bluelagoon.com/)
Nie oszukujmy się, nie jest to miejsce bezludne i ustronne. Na dodatek dziś przy samej Blue Lagoon wybudowany został pokaźny hotel, co powoduje, że od rana do basenów kąpielowych ciągną tłumy. Niemniej jednak, że ludzie z natury to leniuchy, aby cieszyć się tym miejscem w jak największym spokoju i luzie, trzeba wybrać jak najwcześniejszą sesję. Sesje są godzinne 8:00-21:00. Warto oczywiście też unikać weekendów.

 

 „Złoty Trójkąt”

Wodospad Gulfoss – jeden z najwspanialszych wodospadów w Europie, utworzony przez potężne strumienie lodowatej wody majestatycznie spadające dwustopniową kaskadą (32m) do kanionu o 70-metrowej głębokości. Rzeczywiście piękny. Trafiamy dodatkowo na wyśmienitą pogodę – słońce, na błękitnym niebie białe cumuluski, nad wodospadem unoszące się tęcze. Coś cudownego. I te masy wody spadające w otchłań – piękne!

Gejzer Strokkur – wypluwa z siebie kłęby pary oraz gorącą wodę na wysokość ponad 20 metrów. Ta spektakularna erupcja ma miejsce co 5 -7 minut. Znajduje się on tuż obok oryginalnego Geysiru, od którego pochodzi przyjęta na całym świecie nazwa “gejzery”. Ten ostatni wybucha już bardzo rzadko i nieregularnie, jednak przy odrobinie szczęścia można zobaczyć pióropusz pary unoszący się na wysokość 70-80m.

Þingvellir – miejsce gdzie obradował pierwszy islandzki parlament Altig. Było to zgromadzenie Wikingów, rdzennych mieszkańców tych ziem. Do dzisiaj w tym miejscu odbywają się uroczystości z okazji świąt narodowych oraz ważne zgromadzenia. Þingvellir to także Park Narodowy z przepięknymi krajobrazami.

 

Pall Gudmunsson w Húsafel

Na nocleg docieramy bardzo późno. Co wieczór rozbijamy się później. Brakuje nam dnia 😊. Ostatni odcinek robimy już po ciemku, po szutrowej drodze pełnej kamieni i wyrw. Wokół zaś kamienista pustynia. Krajobraz jak z Marsa.

Na samym początku zatrzymuje nas pewien Niemiec, któremu zabrakło paliwa i nie jest w stanie sam poradzić sobie z ciężkim kanistrem. Wraca z Húsafel, tego samego Húsafel, do którego my właśnie jedziemy. Jest tam co prawda stacja benzynowa ale akurat zabrakło paliwa. Tak – na Islandii i na taką ewentualność trzeba być przygotowanym. Stacje są nie dość, że rzadko, ale czasami brakuje w nich jeszcze paliwa.

Niemiec okazuje się być szalenie ciekawym człowiekiem, emerytowanym nauczycielem fotografii, znającym dobrze różne zakątki Ziemi, w tym Islandię. Kiedyś jeździł z grupami fotografować różne ciekawe miejsca, dziś zwiedza kraje takie jak Islandia „od podszewki”. Polega to na przebywaniu długo w danym miejscu, poznawaniu ludzi, odczuwaniu klimatu, przeżywaniu tego co nas otacza. Na Islandii spędził już dwa miesiące, a zamierzał być jeszcze co najmniej kolejne dwa.

To on mówi nam o Pallu Gudmunssonie z Húsafel – miejscowym artyście, który rzeźbi w kamieniu, maluje i gra na cymbałach własnoręcznie skonstruowanych z kamieni. Nie wiem, czy aktualnie Pall Gudmunsson mieszka jeszcze w tym samym miejscu, tworzy tak jak tworzył… ale jak by ktoś był akurat po drodze, to warto sprawdzić i zajrzeć do niego choćby na krótką chwilę 😊.

To naprawdę niezwykły człowiek.

Jesteśmy u niego w domu, gdzie wiszą obrazy własnego pędzla i stoi niesamowity kamienny kominek. Potem idziemy do krytej trawą lepianki. Tam stoją zrobione z kamieni organki, cymbałki i cymbały. Pall gra, a my nie możemy wyjść z podziwu. Kamienie dobrane są w idealny sposób i ułożone w gamę. Pall gra nam stare pieśni islandzkie a na podłodze piętrzą się nuty kompozycji Bacha i Mozarta.

W domku na wieży Pall ma pracownię malarską i rzeźbiarską. Maluje akwarelami, olejem, ale najciekawsze są obrazy malowane na lodzie. Obraz, np. twarz, malowana jest na lodzie a potem wizerunek odciskany zostaje na karcie papieru. Wszystkie obrazy Pall maluje na papierze, nie używa płócien. Charakterystyczne są też kształty tych kart – zawsze podłużne, prostokątne. To pozwala lepiej uchwycić perspektywę przestrzeni Islandii. No i oczywiście kamienie. Duże, małe, średnie – wszystkie nabierają jakby pierwotnych kształtów i naturalnych znaczeń. Rzeźby Palla nie są czymś nowym powstałym w kamieniu ale raczej wydobyciem z niego tego, co od dawna było tam ukryte.

Pall jest samotnikiem, ale nie jest dziwakiem. Lubi kontakt z ludźmi. Jest doceniany. Ma swoje wystawy, jeździ na konkursy, otrzymał kilka nagród. Był nawet ze swoimi kamieniami rzeźbami i kamieniami cymbałami w Nowym Jorku. Odwiedzali go różni znani muzycy i malarze.

 

Jaskinie Surtshellir

Leżą one kilkanaście kilometrów od głównej trasy, a to oznacza na Islandii interior, szutr i kamienie. Są to jaskinie wydrążone przez płynącą lawę. Strop się zawalił i powstały w niektórych miejscach jamy, a na całej długości korytarzy zawały kamieni. Tunele, te które można penetrować, mają ok. 1,5km długości. Problem jedynie polega na tym, ze wszedłszy jedną stroną i przeszedłszy całą długość trzeba wrócić tą samą drogą bo na końcu nie ma wyjścia. To znaczy teoretycznie jest, ale praktycznie ściana jest zbyt wysoka i zbyt stroma.

 

Trasa F35 przez INTERIOR

Ciśnienie w oponach sprawdzone, benzyna jest. Wjeżdżamy w drogę nr 35 prowadzącą przez interior! F35 to najkrótsza możliwość dotarcia z północy na południe Islandii (i odwrotnie). Do jej przejechania nie jest potrzebny samochód z napędem na cztery koła i nie trzeba przekraczać dużych rzek na brodach. Uwaga – kawałkami nieczynna w okresie zimowym.

Jedziemy przez bezkresne przestrzenie kamieni i piachu wulkanicznego. W dali, w płomieniach zachodzącego słońca majaczą góry i języki lodowca. Jedziemy tak ok. 100km. 100km wśród naprawdę niczego!

 

Hveravellir czyli gorące źródła w interiorze

Hveravellir to schronisko i gorące źródła pośrodku drogi przez interior Islandii. To pole geotermalne położone jest w północnej części Kjolur i w rejonie pola lawowego Kjalhraun. Stanowi część nieaktywnego obecnie systemu wulkanicznego Langjokull.

Rozbijamy się przy gorącym strumieniu i natychmiast idziemy się wykąpać w tej termalnej dziurze w ziemi. Basen jest cudowny, naturalny, ciepły. Woda geotermalna bije wprost z wnętrza ziemi. Ma ona temperaturę 80-100 stopni C dlatego chłodzona jest wodą z rzeki. Siedzimy w tej gorącej naturalnej wannie chyba z 30 minut (więcej się nie da bo człowiekowi robi się słabo). Jest już ciemno. Tylko my, gwiazdy, noc i cudowna woda. Potem szybki skok do namiotów żeby się przebrać w ciepłe ciuchy. Woda tak nagrzała nam ciała aż do szpiku kości, że jest nam ciepło w samym mokrym kostiumie przy temperaturze 10 stopni C i wietrze. Jednak rozsądek nakazuje ubrać się szybko i ciepło, bo inaczej zapalenie płuc gotowe.

Rano powtarzamy kąpiel i idziemy na spacer po polu gejzerów rozpościerającym się powyżej schroniska. Coś niesamowitego. Gejzerki co prawda małe, ale za to rozmaitego kształtu i koloru. Z gleby wytrącają się bowiem różne minerały takie jak siarka, żelazo czy wapń, które nadają kolory nieckom oraz potokom. Siarka daje kolor żółty, żelazo pomarańczowy, wapń biały, coś innego znów zielony, inne barwi wodę na błękitno. Woda jest przy tym krystaliczna. Niby wydaje się być mętna, a tak naprawdę jest przeźroczysta aż do samego dna.

Ruszamy dalej drogą F35 na północ, do Akureyri. Mamy przed sobą kolejne 100km pustkowia, tym razem jednak przeplatanego siecią rzek i jeziorek lodowcowych. A zatem gdzieniegdzie pustkowie poprzecinane jest trawiastymi oazami. A gdzie jest trawa tam są i owce.

 

Wodospad Godafoss

Godafoss – Wodospad Bogów. Około 1000 roku podczas jednego z Alhtingów, czyli posiedzeń parlamentarnych, ustalono, iż Islandia przechodzi na chrześcijaństwo. Wtedy to główny mówca z Þingvellir, wracając do domu, wrzucił do tego wodospadu w kształcie podkowy wizerunki dawnych pogańskich bóstw.

Wodospad naprawdę ciekawy. Ale nie mniej interesująca jest wycieczka niemieckich emerytów wysypująca się z dwóch autokarów jak gruszki z furgonetki. Coś niesamowitego – te stroje, te buty, te perfumy! Prawdziwa ciekawostka przyrodnicza. Niestety północ Islandii jest zdecydowanie bardziej turystyczna. Mimo iż stolica i główne lotnisko znajdują się na południu, tam jakby bardziej można odczuć dzikość tej krainy. Na północy jest więcej ludzi, wszystko jest jakby łatwiejsze, dostępniejsze…

 

Jezioro Myvatn i pozorne kratery

Samo jezioro ładne, ale w porównaniu z tym, co już na Islandii widzieliśmy – niezachwycające. Pseudokratery zaś poodgradzane sznureczkami, z powyznaczanymi ścieżkami i przystrzyżoną trawką robią na nas marne wrażenie.

Jezioro jest pod ścisłą ochroną. To ważna ostoja ptaków. Od 20 maja do 20 lipca na część terenu w obrębie jeziora nie można w ogóle wchodzić, aby w czasie wylęgu ptaków zapewnić im maksymalny spokój (informują o tym odpowiednie tablice).

Przy jeziorze Myvatn jest całkiem przyjemny kemping, na którym się rozbjamy. Prysznic jest przyjemny, ale…. ciepła woda, choć miła i ciepła śmierdzi zgniłymi jajami. To siarkowodór. Woda płynie wprost ze źródła geotermalnego i nie jest niczym oczyszczana. Ostrzegają, że gorąca jest NAPRAWDĘ gorąca – i mają rację!

My tego co prawda (na szczęście!) nie doświadczyliśmy ale nad Jeziorem Myvatn roją się podobno potworne ilości much (stąd nazwa – Jezioro Much). Są ich tam w odpowiednich okresach całe chmary. Są to małe muszki chodzące do nosa, oczu, uszu. Po prostu nie dają żyć.

 

Dimmuborgir

Tzw. „lava stones” w Dimmuborgir to coś na kształt naszych Gór Stołowych, tylko mniejsze i mniej ciekawe. Nie podoba nam się. A może stajemy się już za bardzo wybredni…? 😉

 

Błękita Laguna dla ubogich czyli Mývatn Nature Baths

No cóż – kosztuje niewiele mniej co oryginalna, jest mała i śmierdzi zgniłymi jajami. Nie korzystamy.
Za to okolica…. Chodzimy po dymiącej górze, spod butów usypuje nam się gruz wulkanicznych tufów – czarnych, żółtych, czerwonych… Tuż przy szosie jest lagunka – błękitna woda, z tyłu fabryka, a z komina unoszący się snop białego jak kreda dymu. Podjeżdżamy bliżej.

Wszędzie stoją tabliczki ostrzegawcze, że kąpiel surowo wzbroniona ze względu na gorące źródła pod powierzchnią wody. Kolor jeziorka obłędnie błękitny. W jednym miejscu, przy brzegu bucha gejzer. Woda gotuje się w nim jak w garnku. Ziemia wokół aż drży pod stopami. Huczy i dudni a z laguny wypryskuje gorąca woda. O kilka kroków dalej znajdują się pomarańczowożółte wzniesienia, to osady siarczanowego i żelazianego mułu. Wyziewy są dość nieprzyjemne. Jest nam ogólnie niedobrze, piecze w podbrszuszu i kręci się w głowie. Choć pięknie i ciekawie musimy opuścić to miejsce dość szybko.

 

Bulgoczące błota w Hverir

Są… niesamowite. Nie można nazwać ich ani pięknymi ani przyjemnymi w obejściu, a jednak są magnetyczne, pociągające i fascynujące. Wygląda to tak jakby Matka Ziemia dostała ropiejących wyprysków, które nabrzmiewają i wypryskują tworząc żółtawą otoczkę wokół jątrzącej się rany. Śmierdzi dokładnie tak jak wygląda – a raczej duuużo gorzej. W niektórych miejscach po prostu nie daje się wytrzymać. Zgniłe jaja, zepsuty ser, niedomyte ciało – wszystko to miesza się razem. Jeszcze długo po odjechaniu z tamtego miejsca mamy ten zapach w nozdrzach i smak w ustach.

 

Krafla

To góra wulkaniczna, ale nazwa odnosi się do całego (10km długości i 2km szerokości), aktywnego wulkanicznie obszaru leżącego na styku dwóch płyt tektonicznych: europejskiej i amerykańskiej, na którym co jakiś czas ma miejsce jakaś erupcja. Ostatnia była całkiem niedawno, w 2000 roku. Pozostałości po spustoszeniu możemy właśnie oglądać. Rzeka czarnej, zastygłej lawy ciągnąca się aż po horyzont. Niesamowicie działa to na wyobraźnię. Tylko żółte, wypalone wyższe pagórki wystające spośród bezkresu czerni. Chodzimy tam urzeczeni tym niecodziennym widokiem.

 

Krater Viti

Dosłownie prawie po drugiej stronie szosy znajduje się krater Viti Maar, którego nazwa oznacza „Krater do Piekieł” . Jest to ogromna niecka wulkaniczna wypełniona błękitną wodą. Góruje nad nią szczyt właściwej Krafli. Rozciąga się stamtąd przepiękny widok na okolicę oraz malutki (bo z wysokiej perspektywy) krater Viti.

 

Wodospad Dettifoss

Potężny Dettifoss – jeden z najbogatszych w energię wodospadów Europy. Wodospad leży na rzece lodowcowej, która niosąc niezliczone pokłady mułu, szlamu i innego lodowcowego odpadu spada potężną kaskadą w dół rozpadliny. Dettifoss ma jedynie 45m wysokości ale za to 100m szerokości, a przez próg wodospadu przelewa się średnio 193 m³ wody na sekundę. Ta wartość zmienia się oczywiście w zależności od pory roku. Ze względu na brudny, mulisty, szaro-brązowy kolor nie można go nazwać pięknym. Jest przerażający, potężny, huczący i niesamowity.

 

To już ostatni punkt programu na islandzkiej ziemi. Z rana ruszamy do Seyðisfjörður aby zaokrętować się na Norröne i wrócić na kontynent a potem do Polski.

(Islandia 2006)

czytaj również:

Islandia i Wyspy Owcze – podróż na pierwotną Ziemię….

Wyspy Owcze

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o