Irlandia

Dublin – co robić w stolicy Irlandii przez jeden dzień?

Agata
napisany przez Agata

 

Nocleg w Dublinie

 Kilmainham (rezerwacja booking.com, ale oferta już znikła z portalu)

Dublin to przerażająco drogie miasto. Ceny noclegów są zastraszająco, absurdalnie wysokie. Za pokój trzyosobowy za noc trzeba liczyć co najmniej 200 euro. Szukaliśmy więc czegoś tańszego. Nie chcieliśmy jednak aby była to typowa studencka bursa, czyli popularny sharing room. Szukaliśmy, szukaliśmy i znaleźliśmy. Na tle innych ofert wydawało się rozsądne. Noc za 120 euro, pokój trzyosobowy z łazienką, w bloku, w dzielnicy graniczącej z centrum, niedaleko Guinness Storehouse.

Opłata została pobrana z karty kredytowej, przesłano nam krótkie instrukcje dostania się do pokoju. Klucz w lockerze, kod do lockera. Adres budynku inny niż w ofercie, ale blisko, więc się nie przejęliśmy. Kłopoty zaczęły się na miejscu, kiedy zmęczeni po przedłużającej się podróży i w pośpiechu (mieliśmy zarezerwowaną kolację) dotarliśmy pod budynek. Jakoś przeszliśmy pierwszą zaporę jaką był domofon, ale po dotarciu pod drzwi nie znaleźliśmy ani lockera, ani klucza, ani nic. Właścicielka nie odbierała telefonu. Odpowiedziała mailem na maila. Poradziła abyśmy dokładnie przeczytali instrukcję! No cóż… nie uważamy się za szczególnie głupich, ale z instrukcji więcej nie wyciągnęliśmy.

Zainterweniowaliśmy wiec w booking.com, które rozpoczęło swoją procedurę.

Jak się okazało, nie była to już pierwsza skarga na ten lokal, który nota bene zniknął z oferty booking.com jeszcze przed naszym wylotem do Irlandii.

Po ponad 45 minutach usilnych próśb mailowych o kontakt (cały czas siedząc na klatce schodowej) właścicielka nareszcie oddzwoniła. Okazało się, że rzeczony locker z kluczami był przyklejony do fasady budynku po przeciwnej stronie ulicy. Dostanie się do niego też nie było łatwe. Kojarzycie taką grę na komórki Doors and Rooms? My mieliśmy wersję live 😉. W końcu udało się i po ponad godzinie koczowania mieliśmy klucze w ręku.

Na miejscu okazało się, że jest to po prostu jedno duże mieszkanie, w którym w poszczególnych pokojach mieszkają różni ludzie. Niby fajnie, ale z oferty tak nie wynikało. Było już późno, więc przenocowaliśmy. I pewnie byśmy tam zostali gdyby nie całokształt sytuacji i to, że nasz pokój trzyosobowy z łazienką zajęli Belgowie, a nam dostała się maleńka dwójka z jednym łóżkiem i łazienką na korytarzu. W dodatku śmierdziało stęchlizną.

Tak więc drugą noc spędziliśmy w hotelu Maldron Hotel Smithfield na koszt booking.com. Muszę przyznać, że portal rzeczywiście stanął na wysokości zadania. Załatwił nam szybko i sprawnie świetny hotel w doskonałej lokalizacji i dokonał zwrotu poniesionych kosztów.

 

Maldron Hotel Smithfield *** (www.maldronhotelsmithfield.com)

To już zupełnie inny świat. Cena pokoju w wersji last minute 219 euro/pokój trzyosobowy (oferta w dłuższym terminie oscyluje koło 300 euro). Lokalizacja świetna – tuż przy destylarni Jamesona. Pokój duży, wygodne łóżka. Ciepło, czysto i przyjemnie. Obsługa miła i kompetentna. Pod hotelem jest publiczny podziemny parking, na którym można postawić auto (w weekend 7 euro/doba. My akurat nie płaciliśmy bo popsuły się bramki 😉). Nic dodać, nic ująć, ale cena zdecydowanie powyżej naszego filtra wyszukiwania….

 

Travelodge Dublin Airport North “Swords” (rezerwacja booking.com) (www.travelodge-airport-nort.indublinhotels.com/pl)

Nocowaliśmy w nim ostatniej nocy przed wylotem do Polski. Hotel znajduje się 10 minut drogi od lotniska, więc jest typową noclegownią przed wylotem albo po przylocie. Warunki dobre, ale typowo turystyczne. Pokoje ciągną się wzdłuż nieskończenie długich korytarzy. Z okien widać kręcące się po rondzie samochody. Czynna do 22:00 restauracja to typowa jadłodajnia bez klimatu fajnej knajpki czy pubu. I znów ta cena! Nocleg w trójce to 119 euro. Drogo, drogo i jeszcze raz drogo. Ale jak na Dublin jest to naprawdę dobra oferta. 

 

 

Dublin atrakcje

Guinness Storehouse

Muzeum jest otwarte codziennie w godzinach 09:30-19:00, ostatnie wejście o 17:00. (lipiec – sierpień 09:00-20:00, ostatnie wejście o 18:00). Cena biletów: 18,5 euro, dzieci do 13 lat za darmo, dzieci 13-18 lat 16 euro (najprostsza wersja). Bilety kupuje się na konkretną godzinę (transze co 30min). Najlepiej zrobić to z wyprzedzeniem, bo chętnych nie brakuje. Muzeum zwiedza się samodzielnie, trzeba na to przeznaczyć ok. 2h. Można dokupić audioprzewodnik w języku angielskim, hiszpańskim, niemieckim, francuskim i chyba rosyjskim (1 euro). Z audioprzewodników można usłyszeć dużo ciekawych informacji. Trzeba mieć jednak super zdolność koncentracji na kilku rzeczach naraz aby ogarnąć to co mówi pan w audioprzewodniku, to co jest napisane na licznych tablicach i ekranach oraz to co słychać z głośników w poszczególnych salach. W cenę biletu wliczona jest wejściówka oraz degustacja jednej pinty Guinnessa (dzieci dostają napój bezalkoholowy). www.guinness-storehouse.com/en

Założycielem browaru jest Arthur Guinness, który w Dublinie rozpoczął warzenie piwa w 1759 roku. Dziś jest to największy na świecie browar produkujący piwo stout, czyli ciemne piwo górnej fermentacji.  

Muzeum Guinness’a mieści się w  starej części browaru St. James’s Gate Brewery, w budynku z 1902 roku. Wcześniej był tu magazyn służący do przechowywania fermentującego piwa. Obecnie budynek został przebudowany, mamy tu siedem pięter, a środek został zamknięty w okrągłej formie, w kształcie pinty. Na samym szczycie znajduje się przeszklony bar Gravity z widokiem na Dublin. 

Zwiedzanie zaczyna się (i kończy) na pierwszym piętrze przy umieszczonej w podłodze za szybą umowie dzierżawy, którą Arthur Guinness podpisał na 9 000 lat.

Na początku poznamy cztery, a właściwie pięć kluczowych składników piwa Guinness: jęczmień, chmiel, wodę, drożdże i samego Arthura Guinnessa. Dowiemy się, że jęczmień musi być palony dokładnie w 2320 C, bo w wyższej temperaturze zaczyna się palić, a niższa nie wydobywa z niego pożądanego aromatu. Na kolejnych piętrach obejrzymy narzędzia służące dawniej do produkcji piwa, a na starym nagraniu prześledzimy krok po kroku cały proces tworzenia beczek. Są też modele statków służących do przewozu piwa do Anglii, Europy oraz Ameryki Północnej. Dowiemy się, że aksamitny smak piwa Guinness i jego gęsta, kremowa, jakże charakterystyczna piana to zasługa milionów bąbelków azotu. Arthur Guinness jako pierwszy zastosował azot w piwie i stosuje się go tu do dziś. Ciekawą salą jest ta poświęcona reklamom Guinnessa. Są tu rzeźby postaci, na dużym panoramicznym ekranie wyświetlane są najlepsze spoty. Ogólnie dużo się dzieje, wszystko podane jest w sposób ciekawy.

Po drodze mamy lekcję smakowania Guinnessa.

W grupie kilkunastoosobowej wchodzi się do białego pomieszczenia przepełnionego zapachem jakby wanilii. To aromat słodu wydobywający się w postaci mgiełki z kilku ustawionych w tym pomieszczeniu tub. Tam dostajemy malutkie szklaneczki napełnione Guinnessem (dzieci poniżej 18 roku życia teoretycznie tam nie wchodzą. My weszliśmy z dziesięciolatkiem, nikt nam złego słowa nie powiedział. Syn po prostu nie wwąchiwał się w tę mgiełkę i nie degustował). Na koniec przechodzi się do pomieszczenia ciemnego, gdzie dokonujemy właściwej degustacji.

Aby w pełni wyczuć i docenić wszystkie walory piwa Guinness należy najpierw wziąć głęboki wdech, potem wypić solidny łyk, przełknąć, a następnie wypuścić powietrze. Fajna sprawa. Mi się podobało 😊

Akademia – to inna szczególna atrakcja w Guinness Storehouse.

Są to krótkie warsztaty nalewania piwa Guinness. Najpierw barman lub barmanka tłumaczy jak to trzeba zrobić zgodnie ze sztuką. Potem sami nalewamy, a potem sami wypijamy to piwo cośmy go wcześniej nawarzyli… to znaczy naleli 😉. A nie nalewa się ot tak, hop siup. Pierwszy etap to lanie do nachylonej pod kątem szklanki. W mniej więcej 2/3 wysokości prostujemy szklankę i dolewamy jeszcze trochę piwa. Ale nie do końca. Odstawiamy pinte na chwilę aby piwo odpoczęło. Drugi etap to nalewanie na tzw. trybie wstecznym. Przesuwając wajchę do tyłu dopełniamy pintę, tworzy nam się wtedy gęsta, fachowa piana. Pinta jest pełna ciemnego płynu zwieńczonego białą pianą. 😊

Pub Gravity.

Na siódmym, ostatnim piętrze jest pub Gravity. Tu (albo w Akademii) można spożytkować kupon z biletu na darmową pintę Guinnessa. Jest tu bardzo tłoczno, do okien, skąd widać panoramę Dublina (ale czy tę najpiękniejszą to bym polemizowała) trzeba się przepychać. Ogólnie z całego muzeum to miejsce zrobiło na nas najsłabsze wrażenie.

 

Guinness Storehouse to jedno z najbardziej popularnych miejsc w Dublinie. Tak więc tłumów się nie uniknie. My byliśmy o 09:30, czyli w pierwszej transzy i już było mnóstwo ludzi, a z każdą godziną (ba, każdym kwadransem!) tłum gęstniał. Jak wychodziliśmy koło południa to do wejścia stała już pokaźna kolejka. Tak więc mimo, że „piwo z rana jak śmietana” to zdecydowanie zachęcam do bycia tam jak najwcześniej.

 

Destylarnia Jamesona

Prezentacje odbywają się codziennie. Trzeba kupić bilet na konkretną godzinę (transze co 15min). Najlepiej zrobić to z wyprzedzeniem, bo chętnych nie brakuje. 20 euro/osoba dorosła, 10 euro/dziecko.

John Jameson założył tę destylarnię właśnie w tym miejscu w 1780 roku. Dziś funkcjonuje tu już tylko muzeum, a całość produkcji Jameson Whiskey przeniesiona została do hrabstwa Cork.

Historyczna podróż w czasie i poznanie tajników produkcji irlandzkiej whiskey zajmuje ok. 45min. Poznajemy krok po kroku proces produkcji, zdobywamy trochę informacji o historii whiskey oraz tej konkretnej destylarni. Poznajemy kilka ciekawostek. Dowiadujemy się, że amerykański bourbon (Jack Daniels) podlega jednemu procesowi destylacji. Szkocki Johnny Walker jest dwukrotnie destylowany, natomiast Jameson Whiskey podlega trzem oddzielnym procesom, co pozwala uzyskać łagodniejszy smak oraz wyższą jakość 😊. Tak przygotowany trunek dojrzewa w beczkach m.in. po hiszpańskiej sherry czy portugalskim porto. Na koniec przelewany jest do kadzi, gdzie poziom alkoholu redukuje się do 40%.

Podczas degustacji porównujemy irlandzką whiskey, szkocką whisky, oraz amerykański Burbon. Degustacja przeprowadzona jest bardzo fajnie. Pani cały czas objaśnia co, jak, kiedy i dlaczego należy zrobić.

Na koniec (albo na początek) mamy bar. Tutaj wykorzystujemy kupon z biletu na drugą whiskey – czystą lub drinka z piwem imbirowym, limonką i lodem. Można też oczywiście zabalować dłużej i więcej, ale już za dodatkowe pieniądze 😉.

 

Zamek Dubliński

Pierwsza warownia została zbudowana na początku XIII wieku przez Anglo-Normanów. Twierdzę wzniósł w 1207 r. król Jan bez Ziemi na miejscu dawnej fortecy wikingów. W roku 1684 pożar zniszczył budowlę, a po odbudowie z pierwotnej warowni zachowała się jedynie Record Tower. Zamek był siedzibą wicekrólów i symbolem brytyjskiej dominacji, aż do momentu obalenia rządów angielskich w 1922 r. Tak naprawdę z zamku nie zostało wiele.

Aktualnie (IX 2018) jest remontowany. Cały osłonięty dyktami, że nawet murów nie widać. Nie wchodziliśmy.

 

Katedra Kościoła Chrystusowego (Christ Church Cathedral, znana również jako Katedra Świętej Trójcy, The Cathedral of the Holy Trinity).

Kamienna, monumentalna budowla. Naprawdę robi wrażenie tym bardziej, że akurat gdy obok niej przechodziliśmy rozbrzmiewała donośnymi dzwonami.

 

Katedra św. Patryka (Saint Patrick’s Cathedral)

Zbudowana w 1191 roku uważana za jedną z najważniejszych budowli w całej Irlandii. Górująca nad nią wieża ma wysokość aż 43 metrów. W środku znajdziemy ponad 200 monumentów. Niemniej jednak cena wstępu wynosząca 7 euro/os. (bez zniżek dla dzieci), co daje ponad 80zł za naszą trójkę tylko za wejście, odstręczyła nas skutecznie od zwiedzania wnętrza.

 

Trinity College

To uczelnia założona w 1592 r. przez Elżbietę I. To tutaj kształcili się synowie najznamienitszych brytyjskich rodów. Trinity College jako pierwszy uniwersytet w Europie zaczął przyznawać stopnie naukowe kobietom. W bibliotece uczelni (Old Library) (wejście płatne) znajduje się bogato zdobiony manuskrypt z IX wieku, tzw. Księga z Kells (Book of Kells), będący jednym z najsłynniejszych rękopisów chrześcijaństwa irlandzkiego.

Niestety nie starczyło nam czasu na Trinity College.

 

Temple Bar

To nie jeden bar czy pub, ale sieć uliczek po południowej stronie rzeki Liffey. Tzw. znawcy miasta mówią, że jest sztuczny, za drogi i że w Dublinie jest mnóstwo o wiele lepszych miejsc. Wierzę. Ale po pierwsze trzeba je znać, a po drugie żeby porównać i móc ocenić trzeba poznać i zobaczyć też Temple Bar. Nam się podobało 😊. Jest tu kolorowo, tłoczno. W pubach pełno ludzi, gra muzyka. Zjedliśmy tam co prawda tylko lody, ale klimat nam odpowiadał. Myślę, że wieczorem jest naprawdę fajnie.

 

Celtic Night w Arlington Hotel

Tak, zaszaleliśmy. W końcu jakoś trzeba było uczcić te 15 lat małżeńskiego związku 😊. Cena trzydaniowej kolacji podczas której ogląda się pokaz irlandzkich tańców i słucha celtyckich piosenek to 35 euro/os. + napoje według rachunku. Rezerwacja online na www.celticnights.com.

Teoretycznie według warunków nie ma możliwości zwrotu ani przełożenia. Ale nam się na szczęście udało i to 2 razy 😊. Raz ze względu na opóźnienie samolotu przekładaliśmy godzinę, a kolejny raz ze względu na perypetie hotelowe zmieniliśmy rezerwację na kolejny dzień. Nie było żadnych problemów. Co prawda ktoś tam czegoś nie zapisał na odpowiednim grafiku i na miejscu okazało się, że mają jednak kłopot z miejscami, ale dopóty chodzili i szukali, dopóki rozwiązania nie znaleźli. Dostaliśmy stolik dalej od sceny (z boku), ale za to indywidualny 😊 (większość to długie, wieloosobowe ławy).

Drobna rada.

Pokaz zaczyna się o 20:30, a kolację można zamawiać już od 18:30 (rezerwuje się na konkretną godzinę). Cena jest taka sama niezależnie od miejsca, a sala duża. Jedne stoliki mają lepszy widok na scenę, drugie gorszy. Najpierw zapełniają się oczywiście te lepsze. Tak wiec jeśli zależy Wam na dobrym widoku sceny to radzę przyjść na jak najwcześniejszą godzinę. A szczerze – gdzie by się nie siedziało i tak jest fajnie 😊.

 

Gdzie zjeść w Dublinie?

Nie czuję się specjalną ekspertką w tej dziedzinie. W mieście tym spędziliśmy za mało czasu i jedliśmy tylko jeden obiad i jedną kolację (tę w Arlington Hotel).

Na obiad zaś po prostu trafiliśmy do usytuowanego nad samą rzeką Liffey O’Sheas Merchant & Ned O’ Sheas. I było dobrze. Fajny wystrój, klimatyczna atmosfera. Dobre jedzenie.

 


KOSZTY (3 osoby, wrzesień 2018)

  • Nocleg Kilmainham: 120euro/pokój/doba  – NIE POLECAM
  • Nocleg Travelodge Dublin Airport North ‘Swords’: 119euro/pokój/doba
  • Celtic Night (kolacja w Arlington Hotel + pokaz tańców irlandzkich): 35 euro/osoba + napoje
  • Guinness Storehouse: 18,5euro/os., dzieci 13-18 lat 16 euro, dzieci do 13 lat za darmo, (najprostsza wersja)
  • Jamenson Destillery: 20euro/osoba dorosła, 10 euro/dziecko
  • obiad w Dublinie w centrum: ok. 20 euro/os. 

 

 

Czytaj dalej:

Jedziemy na prowincję – zamki, klify i małe miasteczka

 

Irlandia – Jak pokochać Zieloną Wyspę w trzy dni?

 

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x